Strona Główna

" Twarz w słonecznikach "

Zbliżała się 14 w Gujanie Francuskiej. Daniel zerknął w prawy dolny róg monitora. Była dokładnie 13:59. Wpatrując się w zegar wyczekiwał 14:00. Trwało to niemal wieczność, około minuty. Jak stracisz kogoś bliskiego czas gubi swoją płynność , eteryczność ,niewyczuwalność , zmienia stan skupienia z pary w lód, staje się cichym obserwatorem ciebie niczym cierpliwy psychiatra. Od śmierci Sary, jego najlepszej przyjaciółki – tak myślał o niej osamotniony w Kourou , minęło kilkadziesiąt miesięcy, dokładnie 37 , dwa tygodnie i trzy dni. Czwarty dzień rozpoczął się 13 godzin i 59 minut temu. Przez wszystkie ostatnie miesiące siedział głównie w domu i w pracy. To że on także nie zmarł w pierwszych tygodniach było małym cudem . Zaraz po pogrzebie zamknął drzwi i wziął silny środek nasenny. Zdawał sobie sprawę że to jedyna ucieczka dla rozpadającego się umysłu. Nie wiedział ile spał , dzień ?, tydzień? miesiąc? Brał różne leki próbując znieczulić myśli w mózgu, zatrzymać ruch miedzy synapsami dlatego niewiele z tamtego okresu pamięta. I kto wie jakby się to skończyło gdyby nie pani Basquet, krawcowa mieszkająca na tym samym piętrze kamienicy. Daniel nie zamknął drzwi na klucz więc donosiła drobne zakupy. Mogła wezwać pogotowie widząc tabletki na szafce nocnej ale tego nie zrobiła. Weszła do mieszkania po czterech dniach ,nieco zaniepokojona i zastała śpiącego Daniela ,nadal w pogrzebowym garniturze ale z butelką wody przy łóżku. Rzeczywiście jedyne co Daniel pamięta z tamtego okresu to ciągłe pragnienie i wstawanie za fizjologiczną potrzebą.
Pani Basquet pomyślała „ok, ledwo żyje ale żyje”. Zaczęła przynosić drobne posiłki i najczęściej zabierała je z powrotem nietknięte. Postawiła na naturalne odruchy organizmu, który zachęcony zapachem , choćby półprzytomny upomni się o kilka kęsów aby przetrwać.

Gdyby drzwi były zamknięte nigdzie by raczej nie dzwoniła. Nie lubiła się wtrącać więc tym bardziej nie robiłaby zbędnego , przedwczesnego zamieszania. Wiadomo przecież że najpierw się człowiek rodzi ,potem umiera, niezależnie od powodu w końcu i tak umiera. W ogóle życie Pani Basquet to odrębna historia, mroczna i piękna.

O 14 Daniel zawsze wstawiał makaron. Jadł go albo z pesto, albo z masłem, albo z ketchupem, albo na sucho. Czekając za jedzeniem brał gazetę , którą pobieżnie przeglądał. Miał kłopoty ze skupieniem więc nie rozczytywał się w szpaltach tylko omiatał wzrokiem tytuły i jakieś wyraźniejsze fragmenty artykułów. Odkrył że dla względnej orientacji to wystarczy. W sumie większość spraw była jemu obojętna ,przeglądał gazety aby mieć jakieś zamocowanie w rzeczywistości , którą nie był za bardzo zainteresowany. Zresztą co może się dziać w Kourou? Co oprócz wyniesienia kolejnej partii elektronicznego złomu na orbitę? Wszystko w tym mieście jest jasne i poukładane. Sercem Kourou jest kosmodrom , to on tłoczy krew w każdy najmniejszy zakamarek tej małej mieściny.
Przy jednej z wizyt pani Basquet usłyszał : Panie Danielu ,to że nie jest pan zainteresowany jedzeniem nie znaczy że nie musisz pan jeść. Jak pan jesteś w wodzie , nie musisz płynąć w wyścigu , można odpuścić ale trzeba wykonywać jakieś minimalne ruchy aby nie utonąć. Życie pana uniesie , tylko trzeba ociupinkę zaangażowania.

Pani Basquet przychodziła coraz rzadziej więc Daniel musiał powoli zacząć ogarniać swój rejon, „wykonywać minimalne ruchy aby nie utonąć. „ Z upływem czasu dobę wypełniało coraz więcej czynności , które ułatwiały przemieszczanie między kolejnymi dniami. Niewiele było sensu w zadaniach jakie sobie narzucił ale nie mógł się oderwać od skojarzenia dryfowania na środku wielkiego oceanu, w który godzinami się wpatrywał przesiadując na ławce z widokiem na Atlantyk.

Wrócił do pracy. Był cukiernikiem, bardzo dobrym cukiernikiem. Od 13 lat chodził pieszo do tego samego miejsca niedaleko domu, gdzie zamieszkali z Sarą po przyjeździe z Paryża. Kiedyś miał charakterystyczną dla tego zawodu nadwagę, teraz schudł i stracił apetyt na słodkie wyroby. Wszyscy obawiali się utraty talentu do wypieków ale niepotrzebnie. Stracił wigor towarzyski ale ciasta robił wyśmienite.

Pierwszy rok w Gujanie spędzili w hotelu Ballahou, w pokojach – każdy wyłożony płytkami ,które wyglądały jak jedna wielka łazienka przystrojona w charakterystyczne dla regionu impresjonistyczne kolory . Żywe fioletowe zasłony, czerwone narzuty na łóżkach , obrusy w gigantyczne kolorowe grochy...urocze , jak dziecięcy rysunek z bohomazami na lodówce. Hotel był skromny ale za to bardzo blisko oceanu. Kiedy zwolniło się mieszkanie przy Avenue de I’Anse , w starej kamienicy pamiętającej czasy kolonialne, poczuli że są w pierwszym swoim domu.
Jak się otworzyła możliwość wyjazdu z Francji Sara nawet przez chwilę nie miała wątpliwości. Nie lubiła specjalnie pełnego turystów Paryża. Miała pracę w Europejskim Centrum Kosmicznym ESA więc nie narzekała ale postanowili uciec do Kourou , do małego miasteczka na skraju Ameryki Południowej . Była utalentowanym informatykiem z dużą wiedzą matematyczną więc po szkole została zwerbowana przez czujne ESA, które po dwóch latach zaproponowało jej bardzo dobrze płatną pracę w Gujańskim Centrum Kosmicznym ( CSG).

Daniela poznała jeszcze na studiach, w małej piekarni „Pain” obok uczelni. Był wiecznie zamyślonym chłopakiem , uśmiechającym się do własnych myśli. Sara często wpadała do Pain na kawę i ciastko jak anonimowy meteor między inne meteory. Lubiła zapach świeżo wypiekanego pieczywa zmieszany z silnym aromatem cynamonu. Daniel okazał się być wnukiem właściciela piekarni i jak to czasem bywa chcąc nie chcąc spędzili w swojej obecności sporo czasu. Cała cukiernia była wymalowana w słoneczniki, jakby zbudowana ze słoneczników. Daniel często ją obsługiwał przy kasie, podawał kawę do stolika , czekał aż wyjdzie będąc ostatnią jak zwykle zaczytaną w laptopa klientką. Nigdy jej nie wyprosił więc za którymś razem „meteory weszły w ruch kolizyjny „ i zaczęli rozmawiać o kosmosie oraz ciastkach i za chwilę bardzo się polubili. Ślub wzięli przed wyjazdem do Gujany aby uprościć status Daniela. Pięć wcześniejszych lat skromnie żyli na 65 metrach kwadratowych przytulnego mieszkanka gdzie głownie spali bo większość czasu spędzali poza domem. Skutkiem ubocznym braku zainteresowania urokami konsumpcji były spore oszczędności.

Z jednej strony byli całkowitymi przeciwieństwami , ona z zacięciem naukowym , on absolutnie pozbawiony tak charakterystycznej dzisiaj ambicji szeroko rozumianego rozwoju : zawodowego i finansowego. Niemniej przeciwieństwa były tylko pozorne, a to że wpadli na siebie był tym rzadkim cudem kiedy z pośród miliardów ludzi, gdzie tylko oni dwoje mogą wzajemnie się uszczęśliwić , w chaosie różnych wyborów dochodzi do spotkania. Trochę jak w komedii „Pechowiec” , w którym do odnalezienia córki pewnego prominentnego człowieka poproszono kogoś kto charakteryzował się tą samą przypadłością co zaginiona dziewczyna . Byli pechowcami. Pomimo wielkiego obszaru poszukiwań, praktycznie całego świata , wierzono w precyzyjny zbieg okoliczności doprowadzający do porwanej.

Sarę rzeczywiście interesował kosmos ze wszystkimi jego zawiłościami ale traktowała to trochę jak zabawę, tajemnicę do rozwiązania, nie było w tym nic więcej oprócz pasji „grzebania przy źródle wszystkiego” jak to sama nazywała. Jedni chodzą do świątyń inni do ESA albo Gujańskiego Centrum Kosmicznego ale zaduma u jednych i drugich powinna być taka sama.

Innymi słowy on nastawiał zegar odliczający ich dni na ziemi i moment wyjęcia różnych wyrobów z piekarnika , a ona grzebała w jego mechanizmie angażując w to wszystkie logarytmy i pierwiastki świata.

Krótko po przeprowadzce do kamienicy przy Avenue de I’Anse Sara rzuciła mimochodem coś o tęsknocie za słonecznikami , którymi porastały ściany piekarni, marzy jej się kuchnia w słonecznikach. Daniel bardzo ją zaskoczył mówiąc : „Przecież mogę je namalować , tak jak w Paryżu”. Wcześniej o nich nie rozmawiali ale nigdy by nie przypuszczała że Daniel mógł być ich autorem. Kiedy zapytała :” Jesteś Van Gogh ? „ jak zwykle ją rozbawił odpowiadając : „Przecież to tylko kwiaty”. To co bawiło Sarę w tego typu reakcjach to nie tyle skromność Daniela ile jego lekceważący stosunek do samego siebie, jakby był elementem przyrody, gdzie dzieją się rzeczy naturalne i zwyczajne. Zaskoczenie Sary było jeszcze większe, kiedy wracając z pracy zastała Daniela właśnie z pędzlem przy ścianie. Zaciekawiona podeszła bliżej i kompletnie osłupiała widząc jak dokładnie maluje czyjąś twarz między słonecznikami.

-Kto to?

Daniel długo nie odpowiadał skupiony na szczegółach oka. Odsunął się od ściany chcąc ocenić efekt swojej pracy by po chwili kontynuować kolejne detale. Sara instynktownie cierpliwie czekała na odpowiedź. Twarz była na ukończeniu i przedstawiała kogoś młodego . Równie dobrze mógł to być chłopiec jak i dziewczyna. Miała coś z Sary ale było to bardzo dyskretne i ledwie widoczne.

- Zawsze jest w słonecznikach, ze mną – odparł krótko a Sara uszanowała jego lakoniczność i nie dopytywała o nic więcej. Fascynował ją dopiero co odkryty fakt „Daniel potrafi malować ! „ oraz drugi fakt , że nigdy nie dostrzegła nikogo między słonecznikami w Paryżu mimo tak częstych wizyt w „Pain” . Przypomniała sobie jak przy jednym z pierwszych spotkań Danielem ,zapytany czemu tak się w nią dziwnie wpatruje odpowiedział : „Przypominasz mi kogoś z odległej przeszłości”. Lubiła drobne tajemnice , traktowała je osobliwie, jak ważną część grawitacji. Nie widać jej ale jest bardzo istotna dla uniwersum. Bez grawitacji wszystko się oddala, rozpada…Grawitacja to dziwna siła mawiała, tak dziwna jak miłość.

W pewnym sensie Sara i Daniel byli wpatrzeni w siebie jak w rozgwieżdżone niebo. Niby wszystko na nim jest takie oczywiste…Niby.

Niemniej, kiedy byli razem czuli pełną harmonię z otoczeniem.

Nie dowiedziała się do kogo należała twarz ukryta w słonecznikach i w ogóle jej to nie przeszkadzało.

Chociaż Daniel nie musiał pracować po przeprowadzce do Gujany znalazł zatrudnienie w Belize, jednej z trzech cukierni w Kourou i bardzo szybko stał się gwiazdą wyrobów cukierniczych ciekawie miksując wiedze nabytą wcześniej z regionalna tradycją wypieku pana Mastico. Daniel bardzo polubił tego starszego , spokojnego jak przystało na Indianina mężczyznę i szybko odnalazł dla siebie miejsce . Lubiany przez miejscowych za swój szczególny dar uszczęśliwiał ich kolejnymi, pysznymi niespodziankami

Robienie słodkości było dla niego naturalne i całkowicie pozbawione zagadek. Nikt nie mógł pojąć dlaczego wszystko jest zawsze takie dobre pomimo braku jego większego zaangażowania. Nie dość że nie było po nim widać szczególnej pasji to jeszcze wszystko robił z głowy. Niczego nie zapisywał co było kłopotliwe dla pracowników , którzy chcąc zrobić podczas jego nieobecności chwalone przez klientów ciasto nauczyli się podglądać Daniela przy pracy i spisywać produkty. Wcześniej pytali ale najczęściej o czymś zapomniał powiedzieć więc musieli spisywać podczas przygotowywania „on line” jak nazwał to syn właściciela.

Po śmierci Sary Daniel chwilę rozważał powrót do Paryża bo stosunkowo małe Kourou , które tak bardzo wspólnie polubili , teraz stało się sentymentalną raną ale myśl o europejskim tłoku przygniatała go i wpędzała w jeszcze większe przygnębienie. Dlatego został w Kourou . Dla zabicia czasu często zostawał w Belize pomagając w wyrabianiu ciasta na kolejny dzień.

W któryś piątkowy wieczór, prawie dwa lata temu, usłyszał delikatne pukanie do drzwi na zapleczu. Wszyscy już wyszli a on przygotowywał kremy do ciast na sobotę. „Pewnie spóźniony dostawca produktów”- pomyślał i z niechęcią otworzył drzwi.

-Dzień dobry - usłyszał od krótko ściętej brunetki- bardzo przepraszam, że tak późno ale chciałam odebrać ciasto które zamówiłam kilka dni temu.

Kobieta była drobna i przeraźliwie szczupła . Na skroni było widać charakterystyczną dla chudych ludzi pajęczynkę naczyń krwionośnych. Natomiast oczy miała jak klejnoty. Duże , brązowe i błyszczące jakby cała reszta ciała była oprawą do ich osadzenia.

-Miałam dzisiaj odebrać ale nie zdążyłam do 17 bo miałam stłuczkę i tak pomyślałam że może ktoś jeszcze jest na zapleczu.

Daniel spojrzał na stół gdzie zawsze leżą wyroby na zamówienie ale był pusty.

-Nic tutaj nie czeka nieodebrane . Co pani zamówiła – spytał
-Tort czekoladowy

Jeszcze raz dokładniej rozejrzał się wchodząc głębiej do pomieszczenia myśląc że gdzieś leży przygotowane i nie odłożone we właściwe miejsce.

-Przykro mi ale nic nie widzę – odparł

Kobieta zwiesiła bezradnie ręce i bardzo posmutniała.

-Czyli zapomniano o tym zamówieniu…- wyszeptała zrezygnowana.

Rzeczywiście ktoś musiał nawalić z przekazaniem zamówienia pomyślał Daniel. Kobieta była tak krucha i bezradna. Danielowi zrobiło się równie smutno i nieswojo.

-Ma pani trochę czasu- spytał kierowany współczuciem
-No… mam – odpowiedziała ciągle zmartwiona
-Mogę zrobić to ciasto od razu jeśli jest takie ważne , a pani albo przyjdzie później albo poczeka na sali w naszej kawiarence. Zrobię pani kawę i za godzinę ciacho będzie, hm?

Z każdym słowem kobieta odzyskiwała radość, a Daniel pierwszy raz od długiego czasu poczuł przyjemną energię w sercu.

-Jest pan bardzo miły – odpowiedziała z promiennym uśmiechem - Oczywiście że poczekam i jeśli to panu nie będzie przeszkadzać to chętnie posiedzę tu z panem. Uwielbiam kuchnię, dla mnie to najważniejsze miejsce w domu. Jeśli pozwoli mi pan się porządzić trochę to widzę czajnik i kawę. Chętnie sama zrobię, panu też?
-Chciałem zrobić z ekspresu ciśnieniowego - odparł
-Ja wolę sypaną, zaparzaną a pan?
-Niech będzie.

Nie byłoby szans na szybki wypiek gdyby nie przygotowane półprodukty. Daniel wiedział że godzina to i tak za krótko ale z niewiadomych dla siebie przyczyn podał zaniżony czas. Kobieta zajęła się robieniem kawy a Daniel przygotowywał wszystko do czekoladnika.

-To ciasto dla mojego męża- mówiła wsypując kawy do filiżanek- Jutro wylatuje na księżyc.
- Gdzie ? – spytał zaskoczony Daniel
- Na księżyc – powtórzyła kobieta odwracając się do niego- Tak mówię chociaż mąż leci na stację orbitalną a nie na księżyc i nie będziemy się widzieć przez trzy lata. Co prawda na księżyc nie leci ale kierunek ten sam prawda? – powiedziała cała w uśmiechu.
Naturalnie cukiernie odwiedza dużo osób z pobliskiego oddziału CSG ale tej kobiety nigdy na oczy nie widział.

-Daleka podróż – skwitował Daniel

Kobieta przytaknęła ze strapioną ale nadal pogodną twarzą.

-Właśnie załatwia ostatnie sprawy i za dwie godziny wróci do domu. Uwielbia ten torcik i tak sobie pomyślałam że się ucieszy. Potem będzie tylko breja z tubek i plastiku.

Na kolejne klika minut zapadła cisza. Kobieta zalała filiżanki gorącą wodą a Daniel wypełnił formę ciastem i zabrał się za polewę. Kątem oka widział jak kobieta nagarnia zapach kawy w stronę twarzy.

-Nigdy mi się nie znudzi ten aromat- powiedziała cicho z zadowoleniem. Daniel uśmiechnął się bez słowa nie przerywając czynności.
-Że też on potrafi się pozbawić takich przyjemności- ciągnęła – Jak pan myśli dlaczego ludzie lecą gdzieś daleko skazując się na niesprzyjające warunki, na tak ryzykowne miejsca. Po co ? Tu ma wszystko : ma piękny dom, ma zapachy, smaki, ma mnie… Po co ?
-Hmm, pewnie spełnia jakieś swoje marzenia…może liczy na przygodę? – oparł bez przekonania Daniel.
-Nie,nie…. Co to za marzenia i przygoda. Trochę adrenaliny na początku a potem trzy lata jedzenia z tubki i załatwiania się do niej. Marzy pan o czymś takim?
Daniel uśmiechnął się pod nosem. Znowu zapadła cisza na kilka minut po których kobieta wstała i doniosła filiżankę Danielowi zachęcając aby wziął kilka łyków kawy. Oglądała różne przedmioty z bliska i co jakiś czas podchodziła z filiżanką do niego. Po 15 minutach polewa była gotowa i czekała za ciastem. Daniel mógł kontynuować przygotowywanie słodyczy na sobotę ale postanowił dosiąść się do małego stoliczka przy którym siedziała kobieta i dopić letnią kawę. Te kilka chwil z nią spędzonych uświadomiło jemu że parę miesięcy temu miał podobne odczucia. Próbował przygotować się do rozstania „na dłużej”. Nie mógł nic zrobić , tak jak ta bezsilna kobieta. Próbowała to sobie pewnie jakoś tłumaczyć ale rozstania zawsze są przykre.

Zerkał na nią , a ona na niego. Żadnej niezręczności nie czuli, ani jemu ani jej nie zależało na prowadzeniu rozmowy. Wyglądali jak dwa obce ptaki które ze wszystkich gałęzi na świecie wybrali ten sam konar na przystanek przed dalszą podróżą. Siedzieli w ciszy patrząc jak ciasto w piekarniku rośnie otuleni aromatem czekolady. Kobieta wdychała go bezwiednie jakby kierowana jakimś wewnętrznym instynktem ale oczy zdradzały nieobecność. Daniel po śmierci Sary oddalił się od świata, stracił zainteresowanie nim, był jakby obok i ten stan go nie opuszczał. Gdyby na niebie pojawiła się planeta wielkości Jowisza zwiastująca rozbicie ziemi w pył , która z dnia na dzień przybliżając się wypełniła połowę nieba Daniel nadal siadałby na ławeczce i ze spokojem czekał na apokalipsę.

Kiedy ciasto było gotowe Daniel ładnie zapakował do specjalnego kartonika i położył na stoliku. Kobieta nie zareagowała głęboko zamyślona.

-Wie pan- powiedziała- niektórym nie wystarczy życie, dla nich życie to za mało.
Spojrzała na Daniela i smutno się uśmiechnęła.
-Wszyscy ludzie noszą zegarki na ręku , a wie pan co mój mąż nosi ? Timer, urządzenie , które odlicza jemu minuty do śmierci . Przeliczył sobie kiedyś przyszłość i odlicza ją każdą minutą. Mówi że taka dokładność wystarczy , że nie potrzebuje zegarka aby wiedzieć jaki jest moment dnia. Większa korzyść jest z wiedzy ile jeszcze czasu życia zostało. Taki sam timer stoi przy lustrze w łazience. Wie pan , niby wiemy że upływa nam czas , że w końcu odejdziemy ale jak codziennie się wstaje rano i pierwsze co widzi to odliczające cyfry na wyświetlaczu to… -urwała szukając odpowiednich słów ale wyszeptała tylko :
-Dzień po dniu….Kiedyś powiedział – kontynuowała - że jest Bogiem w ludzkim ciele i nie akceptuje tych egzystencjalnych ograniczeń, tego jedzenia , obowiązków, jakiejś odprężającej rozrywki tylko , tej ludzkiej małości, że czuje dziwny apetyt na „coś „ więcej …Niech pan zgadnie kiedy… ile tego czasu jemu zostało ? – zapytała wstając z kartonikiem ciasta i patrząc uporczywie szklistymi wielkimi oczami na Daniela . – Tylko rok. Niby człowiek traktuje to z dystansem, jako fanaberię ekscentrycznego człowieka ale jak on dostaje możliwość wylotu na stację i to jeszcze nagle, w zastępstwie , 400 km nad ziemie…Ktoś by powiedział co to jest 400 km…

Daniel odmówił kobiecie przyjęcia pieniędzy. Nie chciała się spierać więc wyszła bardzo dziękując za wyrozumiałość i poświęcony jej czas. Przed wyjściem do domu znalazł pieniądze podsunięte pod drzwiami zaplecza.

Jakiś czas potem , przeglądając pobieżnie gazety, trafił na informację o wynoszeniu na orbitę stacji z jednoosobową załogą. Doznał dziwnego uczucia uczestniczenia w małej tajemnicy . Ludzie czytający ten artykuł wiedzieli tylko tyle ile podaje autor newsa , natomiast on, Daniel wiedział, że Olivier Reih, poważny astronom lubi ciasto czekoladowe, jego ciasto czekoladowe, że leci z włączonym timerem kończącym czas jego życia prędzej niż wynosi okres pobytu w przestrzeni kosmicznej . I byłaby to tylko trochę intrygujące gdyby nie nazwa nowej stacji :

„ Wczoraj wyniesiony został ostatni element małej stacjimeteorologicznej EGB-ERT”

To zdanie Daniel czytał kilka razy. Przypomniał sobie okoliczności wspólnie spędzonego wieczoru w oczekiwaniu za tortem , z najbliższą osobą astronauty , który poleciał na trzyletni pobyt w przestrzeń kosmiczną do stacji o imieniu jego zmarłego przyjaciela z dzieciństwa i poczuł się dziwnie. Nigdy nikomu nie wyjawił jego imienia , a już tym bardziej w ostatnich latach. „Ert” , takim skrótem zwracał się Daniel do niego dlatego zagadkowe było również niepotrzebne rozdzielenie imienia . Czemu miało służyć?

Egbert to odległa przeszłość Daniela, to tajemnicza twarz ukryta w słonecznikach. Jako chłopcy spędzali ze sobą dużo wolnego czasu. Daniel mimo szczerej przyjaźni nie potrafił zaakceptować dyskretnego homoseksualizmu Erta, drażnił go sposób w jaki patrzył czasami na niego. Często chodzili nad rzekę, gdzie nurkowali i przesiadywali pod wodą naprzeciw siebie robiąc zawody kto dłużej pod nią wytrzyma. Pewnego dnia zanurkowali w gniewie i żaden nie chciał odpuścić. Daniel widział że Ert jest słabszym pływakiem ale ku jego zdziwieniu wytrzymał nadspodziewanie długo. W ostatniej sekundzie jaką zapamiętał odbijając się od dna głodny powietrza to delikatny uśmiech Erta i jego bezwładne ciało zabierane wolno przez nurt rzeki. Próbował Erta ratować ale nie mógł go nigdzie znaleźć. Przez moment miał nadzieję że to jeden z jego głupich , makabrycznych żartów. Ale nie tym razem.

Kiedyś leżeli ciemną nocą na trawie gapiąc się w gwiazdy . Milczeli . Zazwyczaj coś słyszysz w takich chwilach , cokolwiek, a wtedy oprócz sporadycznego szumu drzew było zupełnie cicho , nienaturalnie , jakby ta cisza powoli wdeptywała człowieka w ziemię. I właśnie wtedy Ert powiedział :

-Tak naprawdę jesteśmy ciszą w ludzkim ciele. Nie czujemy jej bo to ciało to jeden wielki huk spraw, dźwięków, uczuć…Tam u góry jest cicho i ja tęsknię do tej ciszy, chce tam wrócić…Wiesz jak się wymawia angielskie słowo „powietrze” ? Mówi się „Er” , prawie jak Ert. Idealnie pasuje do mnie …Jestem milczeniem , powietrzem.
Należy się niepokoić jak takie słowa mówi jedenastolatek .

Ekbert nie miał praktycznie nikogo. Pomieszkiwał nieregularnie u babci , która nigdy niczego nie zgłaszała na policji aby niesforny wnuk nie trafił do domu dziecka. Przez długi czas myślała że znowu gdzieś uciekł i jak zwykle wróci po jakimś czasie. Nie wrócił.

Daniel zrozumiał wtedy że samotność nie jest kwestią towarzystwa tylko braku dostępu do „spirit” w konkretnym człowieku. Obydwaj byli związani tym charakterystycznym dla młodych ludzi podejrzeniem bezcelowości życia. Jak nie masz celu wtedy życie jest „błądzeniem po ciemnych lasach lub wśród słoneczników”. Dobrze jest błądzić we dwoje, wśród słoneczników ale… to nie jest obojętne z kim.

Daniel wiedział że Ert jest słabszy fizycznie a mimo to przegrał , przegrał na wszystkie możliwe sposoby.

Został sam w lesie, na wiele lat. Erta nigdy nie odnaleziono.

Długo , długo później pojawiła się Sara, za którą był bardzo wdzięczny losowi.

Kilka miesięcy po wizycie Weroniki Reih w cukierni Kourou obiegła dramatyczna wiadomość braku kontaktu z Olivierem. Przez kolejne dni prasa lokalna oszczędnie aktualizowała informacje z CSG w tej sprawie aby wreszcie poinformować o kłopotach ze stacją , której część zerwała się z orbity i zaczęła dryfować razem z rezydentem coraz dalej w pustkę. Podobno nie jest to możliwe. Jakby tego było mało nigdzie nie mogli odnaleźć żony astronauty. W sumie od samego początku , zaraz po wylocie Oliviera nikt nie miał z nią żadnego kontaktu. Nie przychodziła do CSG chociaż były planowane video połączenia z jej mężem co dwa tygodnie. Prasa zaczęła mocniej węszyć . Jeden z fragmentów artykułu podaje :

„Ciekawa jest przeszłość Oliviera Reih, a w zasadzie jej brak. Wychowywany przez zastępczą rodzinę , przygarnięty po tym jak został odnaleziony przez policję jako półnagi i pozbawiony pamięci chłopiec…”

Daniel nie był szczególnie zainteresowany sprawami pod słońcem ,panem astronautą tym bardziej, niemniej czy to z uwagi na fakt spotkania z jego żoną kilkanaście miesięcy temu ,czy może po przeczytaniu tego ustępu, który poruszył muł jego podświadomości , tak czy owak postanowił poszukać zdjęcia jego twarzy w internecie bo wszystko co widział do tej pory to wielki hełm ze schowaną w nim głową .

Jak się okazało po wpisaniu w wyszukiwarkę : „Olivier Reih” wyskoczyło bardzo dużo zdjęć wielu osób różnym wieku , po dopisaniu „astronom” zrobiło się pusto …

„… został odnaleziony przez policję jako półnagi i pozbawiony pamięci chłopiec…”

Często wracał myślami do tego irracjonalnego zbiegu okoliczności. Oczywiście nie próbował niczego rozumieć, łączyć faktów ,przypuszczeń , zgadywać. To wszystko robił jego mózg , uświadamiając Danielowi różne oczywistości, na co nie miał wpływu. To zabawne jak człowiek jest bezwolny wobec poczynań umysłu. Dobrze to wie każdy paranoik. Trochę jak obserwowanie ekranu telewizora , który się włącza zaraz po przebudzeniu. Sara pracowała w tym samym miejscu co Olivier. Co prawda przyjechał z Europy ale w Kourou spędził kilkanaście miesięcy przed wylotem. Daniel dużo wiedział o kobiecie z którą żył ale jeszcze więcej było historii niedopowiedzianych , pominiętych z jej dzieciństwa, zagadek bez jednoznacznych odpowiedzi. Dopiero teraz sobie uświadomił jak bardzo zbliżyła ich wolność jaką sobie dali, brak presji na rozmowę , wyjaśnienia. Czy Sara znała Oliviera? Skąd pomysł na nazwę stacji imieniem jego przyjaciela? Przypadek? I jeszcze ta zagadkowa wizyta Weroniki Reih. Jak się okazało później nikt nie pamiętał jakiegokolwiek zamówienia na tort czekoladowy. Czy był jakiś ukryty sens wspólnego czekania za nim? Takie i podobne pytania pojawiały się nieśpiesznie jak fale na które tak często Daniel patrzył. Przypływały spokojnie i rozmywały na brzegu jego świadomości. Po prostu jakby patrzył na coś czego dotknąć się nie da , czego zbadać nie można . Można tylko obserwować.

Ostatnio przed zaśnięciem wrócił do Daniela obraz zabieranego przez nurt rzeki uśmiechniętego Erta . Bez oporu, żadnej walki, swobodnie unoszony oddala się w mrok i przechodzi w dryf stacji kosmicznej zasysanej coraz głębiej w pustkę.

Gdzieś u góry jest duch Sary i Olivier . A może już Oliviera nie ma ? Może nigdy go nie było ? Był tylko Ekbert , chłopak z odległej przeszłości , którego ktoś przygarnął. Został w końcu astronomem aby móc wrócić do swojej upragnionej „ciszy” ?
Twarz w słonecznikach o przezwisku Ert , czyli powietrze … prawie powietrze...

Wszędzie te tajemnice życia.

Może właśnie po to chodzi się do świątyń i kościołów? żeby posiedzieć blisko Tajemnicy. Przecież nikt jej nigdy nie ogarnie, nie zrozumie, co najwyżej poczuje. Jak Daniel.

 

"Zdjęcie z wakacji czyli drzewo z błękitnymi owocami"

"Zanim przyjdę" Ptaky

Byliśmy nad jeziorem. Są wakacje więc do naszej córy przyjechała kuzynka 9letnia Ashley - wspólnie demolują słodko chatę.
Zajechaliśmy ok 11 czyli inaczej niż zwykle, bo zwykle zajeżdżamy ok 17 kiedy jest pełno ludzi.

Tym razem było zupełnie pusto, w pewnym sensie wyjątkowo. Dzieciaki poszły się kąpać - w zasadzie pląsać, a my z Kruczą zerkaliśmy sobie na nie gadając o głupotach i przeglądając jakieś pierdoły prasowe . I tak mnie olśniło w sprawie ( dostałem słońcem prosto w serce !) , która zawsze była dla mnie jasna ale dzisiaj zrobiła się jakby bardziej odczuwalna.Ostatnio na FB ktoś wkleił artykuł o nowym trendzie "poliamoria" - czyli wielu partnerów, nowe doznania, skomplikowana emocjonalność, gdzie jest miejsce na oddzielne traktowanie wrażeń fizycznych i miłości itd. Kliknąłem na linka do innej strony a tam klasyczna krwawa miazga po walcu z komentarzy kierowanych przez polską anonimową życzliwość.Z jednej strony mamy coraz więcej odwagi w mediach do eksponowania skrajnych pomysłów na życie, coraz więcej odwagi na różnej maści coming outy z drugiej, coraz więcej radykalizowania opinii w tych kwestiach, coraz więcej strachu i zaściankowości. To co kiedyś było publicystycznym kolorem dzisiaj zaczyna być zwykły mordobiciem , gdzie każdy gada w swoim języku , nie tylko nie zainteresowany tym co mówi druga strona. Nie znając tego języka zrozumieć drugiej strony nie są w stanie.Podobno kłopotem naszych czasów jest to, że głupota próbuje myśleć i zaczyna się tym dzielić. Co to ma wspólnego z naszym wypadem nad jezioro?
Otóż kiedy tak patrzyłem na dzieciaki z pełną świadomością jak i czym żyją, dotarło do mnie, że to co widzę: radosne młode istoty, które uczymy szacunku do siebie i innych, prawa do wyrażania uczuć, budowania właściwej moralności opartej na prostych zasadach , to jest jedyna droga do tworzenia normalnego świata. Nic więcej. Reszta to chaos możliwości.

Dzieciaki muszą wg mnie obcować z czymś i pięknie radosnym i naturalnie etycznym. Wierzę, że intuicja poprowadzi je właściwie w kolejnych latach.
Czym jest „wychowanie”? Nie wiem dokładnie ale wiem jedno: Każda mądrość wychowawcza na pograniczu etyki , religii, itd. wypowiedziana przez głupiego rodzica , nauczyciela bez autorytetu, księdza obłudnika, drużynowego sadystę, policjanta bez poczucia misji itd. niewiele daje, niewiele wnosi i nie jest niczym więcej jak nauką siodłania „drewnianego konia”. Po co go siodłać skoro i tak nigdzie nie pojedzie. Ale jak się stary uprze to osiodła się i będzie spokój. Co chwila taki dorosły mądrala wsiada na tego drewniaka i się pręży nabity autorytetem chociaż każdy wie, że na prawdziwym koniu zalicza glebę zanim zdąży dobrze tyłek na nim umościć. Przyszłość.Niejaki Samule Bulter porównuje życie do solo skrzypcowego, które musimy odegrać przed publicznością ucząc się techniki gry w miarę wykonywania utworu. To fajne porównanie bo dla mnie wnioski idealnie pasują do rzeczywistości. Czasu jest niewiele, błędów możliwych do zrobienia cała masa byle tylko nie doprowadzić do całkowitej klapy aby samemu się nie rozczarować sobą . Świat jest coraz bardziej pojebany bo: beatyfikowaliśmy kłamstwo i przebiegłość, jesteśmy przesiąknięci wszystkimi możliwymi kompromisami i już sami nie wiemy kiedy jesteśmy sobą. Kobiety, które nie mają dzieci pouczają innych jak powinny być chowane. Religie które powinny być wzorem i budować coś sensownego w społecznej wyobraźni- jakąś ideę wspólnoty pokoleniowej- kompromitują się z roku na rok skandalami obyczajowymi na granicy pornografii . Zero odpowiedzialności, zero przyzwoitości, zero szansy dla inteligentnego wrażliwego człowieka, który mając inklinacje duchowe chciałby móc się wybronić przed zateizowanym wygodnym w życiu cwaniaczkiem. Zostają frustraci przerażeni samodzielnym poszukiwaniem drogi i ci na wskroś nowocześni z naturalną potrzebą sprowadzenia wszystkiego do eklektycznego poziomu gdzie nie wiadomo co jest sercem , co głową, co penisem i waginą bo liczy się tylko prawo! do osobistego szczęścia.

Pierwsi komunikujący się średniowiecznymi komunałami ze współcześnie myślącą młodzieżą, jakby nie rozumieli że owszem „COŚ” pokolenia łączy ale to wcale nie musi oznaczać, że będą one takie same, że będą chciały celować stopami w zostawione wcześniej ślady. Zaś drudzy, ci nowocześni przecierają nowe drogi na skróty zwiększając ich ilość, powodując, że mamy ich coraz więcej, ale dla wielu zachęconych do podążania nimi żadna nie prowadzi do celu.Jeśli Bóg jest , jeśli rzeczywiście istnieje, jestem przekonany że nie ma kłopotu z utratą wiary w niego. Jest mądry więc patrząc na świat zrozumie powody . Najgorsze że przestajemy wierzyć w siebie nawzajem.Ryzyko. Dzisiaj mamy najwięcej dróg. Nigdy w przeszłości nie było tyle dróg co dzisiaj. Odnoszę wrażenie, że przy każdej stoi ładnie opisany drogowskaz, pod nim zachęcająca reklama zachwalająca piękno drogi ale niewielu mówi o ryzyku, o skutkach ubocznych o tym wszystkim co obserwuję każdego roku w ludziach kiedy zmęczeni zimą mówią z tęsknotą i miłością o lecie. A kiedy w końcu przychodzi upragnione lato zaczyna się stękanie, że duszno, parno, że spiekota , że już wystarczy….

Mamy tendencje do upraszczania. Wypatrujemy czegoś na horyzoncie zdarzeń, niby tego chcemy, myślimy że chcemy, wydaje nam się że to dla nas najlepsze, a potem, jak już tego dotykamy, smakujemy, czujemy , po jakiejś chwili kiedy ujawniają się niedoskonałości , nachodzi nas refleksja że…. już wystarczy. Jedni widzą koło inni w nim kwadrat- w zależności od potrzeb. Nie pasuje nam ich geometryczna obopólność jakby w byciu razem musiało iść tylko o seks albo tylko o przyjaźń. Nieznośna lekkość bytu. System w którym obecnie funkcjonujemy odarł człowieka z umiejętności nadawania sensu temu w co się próbuje angażować. Dlatego tak wiele osób uważa, że życie jest bez sensu. Wszystko wydaje nam się albo podejrzane albo puste. Mamy coraz więcej składników ale coraz mniej książek kucharskich (o kucharzach nie wspominając ) aby z tych produktów umieć cokolwiek zrobić. Zamiast kuchni z pięknymi daniami mamy jakiś syf, bałagan i potrawy nie nadające się do zjedzenia. Tu i ówdzie ktoś próbował i się wyrzygał. Nikt tego nie sprząta bo istnieje przekonanie, że to może kolejne danie.Cel. Jaki jest mój cel ? Dzieciak mnie obserwuje i widzi w co wierzę, czym żyję, co jest grane a właściwie „w co gram”, w jaki świat wierzę i kim w staraniach/walce o swoje szczęście tak naprawdę jestem.Generalnie jestem wyluzowany, wydaje mi się nawet, że za bardzo lekceważący „poważne życie”.
Często nie wiem co myśleć o jakiś społecznych problemach, na kogo zagłosować, czym się wkurwić i jak mocno. Chciałbym być mądrzejszy bo tego wymaga dzisiaj świat, który nie zostawi ciebie w spokoju. Nie ma zupełnej niezależności. Dzisiaj musisz się wiecznie określać bo czy chcesz czy nie chcesz obejmuje ciebie „ jakiś kontekst”. Nikt nie może stać na brzegu i obserwować płynących rzeką. Każdy musi płynąć. To trochę straszne…… ale ciekawe.Świat się zrobił mega inteligentny i na wskroś naukowy ale jak nigdy wcześniej brakuje ludzi którzy potrafiliby jakąś głęboką myślą dać jedną sensowną odpowiedź z rozwiązaniem tak wielu dzisiejszych zagadek. Byłoby łatwiej.Patrzyliśmy dzisiaj na pląsające dzieciaki i czuło się tą magiczną dziecięcą "niewinność", szczęście w czystej postaci. Wszyscy powinniśmy nim nasiąkać za młodu jak drzewa odbitym od kałuży błękitem nieba. Liście niech będą zielone ale owoce niebieskie.Wspomnienia z wakacji są ważne. Ja do dzisiaj pamiętam wiele beztroskich chwil. Serce musi mieć zakopane w sobie kamyki , szkiełka, latawce, radosne wakacje z rodziną... Musisz je czuć, mieć możliwość do nich zajrzeć, potrzymać je znowu w dłoniach i poczuć "tamto szczęście".

Myślę, że to kontakt z czymś pozytywnym , z czymś właśnie niewinnym , z czymś DOBRYM. Każdy musi kilka takich kamyków mieć bo inaczej trudno nawet starać się być dobrym, ciekawym, wrażliwym. Np. pani Krystyna Pawłowicz próbuje i jestem pewien, że jej nigdy nie wyjdzie.
Pamiętacie Forresta Gumpa? Piękna historia niby upośledzonego gościa, w którym było więcej człowieczeństwa niż w niejednej zdrowej jednostce ze swoimi właściwymi przekonaniami. To każe zadawać sobie pytanie gdzie to człowieczeństwo w nas jest.
Każdy kiedyś był dzieckiem. Patrzę za okno i wiedzę drzewo. Jego korona to nasze życie, wszystko co się w nim dzieje.
Korzenia nie widać, tak samo jak nie widać naszego dzieciństwa -jest zakopane i nieokreślone, czasami brzydkie, poplątane ale potrafi być potężne, jak bardzo potężne widać dopiero po wyrwanym przez wiatr drzewie …Każdy kiedyś był dzieckiem. Pytanie tylko co z tamtego czasu pamięta? jakim kolorem nasiąknie ? Podobno ten okres decyduje czy w przyszłości będziemy optymistami czy pesymistami, jesteśmy stygmatyzowani na resztę lat , programowani kompleksami , które potrafią rozpieprzyć świat na kawałki . Przecież Hitler też kiedyś był Adolfikiem.Dlatego potrafię sobie wyobrazić, że jestem albo ateistą , albo wierzącym, albo gejem, peowcem, pisowcem, poliamoriowcem, że strzygę trawniki , śpiewam w kapeli rokowej albo jestem doradcą Obamy itd.
ale nic mnie tak nie przeraża jak brak pewności w obranej drodze , jak bycie zagubionym w dzisiejszym zahukanym wrzaskiem świecie, wrzaskiem nabitym tak wielka ilością skrajnie różnych głosów. Oczywiście wszystkie głosy napędzają współczesność. Płyniemy wartkim nurtem płynnej nowoczesności , mętnej i niebezpiecznej. Świat coś tam gubi , coś zyskuje, coś przedawnia coś testuje ale chyba rację mają ci którzy twierdzą, że stare umiera a nowe się jeszcze nie narodziło.